Sucker Punch. Popkulturowa papka – nieszkodliwa. Ale czy smaczna?

Na pierwszy rzut oka Sucker Punch to gówno kręcące się w przeręblu kultury masowej. Na drugi, trzeci i czwarty – też. Zack Snyder prezentuje swoje pierwsze oryginalne dziecko i trudno powiedzieć, żeby było się czym chwalić, bo produkcji można wiele zarzucić. Chociaż nie jestem skłonna bronić czegoś, co nie jest tego warte, to może jednak warto przyjrzeć się bliżej Sucker Punch.

Wszystko zaczyna się od słowa. Narrator raczy nas zmitologizowaną gadką przy akompaniamencie „Sweet Dream” w wykonaniu Emily Browning. Przy okazji oglądamy bardzo teatralną pod względem stylizacji scenę śmierci matki i dalszych tragicznych wydarzeń, które doprowadzają małą Baby Doll (Czy nie przypomina Wam przypadkiem Sayi z anime Blood: The Last Vampire?) do szpitala dla czubków. Dziewczyna nie ma szczęścia, bo ojczym zafundował jej lobotomię w przeciągu pięciu dni. Do tego czasu Baby Doll musi uciec. Ona i jej pięć nowych towarzyszek. A żeby było ciekawiej – och! czy może być jeszcze bardziej? – akcja rozkrywa się w świecie fantazji, snu i urojeń. Potem już mamy całą masę efektów specjalnych, scen slow-motion oraz kiczowato-dramatycznych momentów. Aż w końcu musimy zadać sobie pytanie: kto tu, do cholery, jest głównym bohaterem? Z tym tylko, że bardzo dobrze znamy odpowiedź.

Ale do rzeczy.

Kultura masowa rządzi się własnymi prawami, ma specyficzne funkcje do spełnienia. Jedną z nich jest – TADAM! – zabawa. Nie metafizyczna głębia. Nie filozoficzne rozważania. Nie uświadamianie jakie okrutne w gruncie rzeczy są mechanizmy życia. Nie. Jedną z funkcji kultury masowej jest dostarczenie zabawy. I aby móc w ogóle dobrnąć do końca Sucker Punch trzeba to sobie uświadomić. Jeśli ktoś chce zadawać sobie pytanie o sens życia, niech obejrzy Truposza Jarmuscha.

Pytanie, czy film Snydera zabawy dostarcza. Ja osobiście miałam chwile kryzysu. Nużące jest zdobywanie przez pięć Aniołków Charliego „ajtemów”. Mapa, ogień, nóż, klucz. Piętnastominutowe akcje są świetne przy wybiórczym oglądaniu. Natomiast występując zaraz po sobie, zwyczajnie usypiają widza. Jedyną rozrywką jest wtedy skupianie się na szczegółach – ruiny Katedry Notre Dame, zamek kojarzący się z tym Avalońskim, konstrukcja robotów, ładne nogi Emily Browning… Nie oszukujmy się – sexowne aktorki mogą odwrócić uwagę nie tylko męskiej części publiczności. Przynajmniej na chwilę, bo potem znowu jest nudno. Muzyka jakoś niespecjalnie ratuje sytuację. Jedynym wspólnym mianownikiem utworów z soundtracku jest kultura, czy raczej “kultowość”. Ale może właśnie o to chodzi. W końcu cała akcja toczy się w główce dwudziestoletniej Baby Doll, która tworzy swoje fantazje z elementów współczesnego jej świata.

W ogóle – jeśli o mnie o chodzi – fabuła trzyma się kupy. Nie zauważam braków większych niż w przeciętnym filmie ocenianym na chociażby takim film webie na siódemkę. Jasne, rysy psychologiczne postaci są marne, ale – że aż się powtórzę – mamy do czynienia z kinem akcji, filmem wyprodukowanym, by zabawiać, a nie spełniać gusta wyrafinowanych odbiorców. Jasne, motywacje czasem są na wyrost. Ale fabuła sama w sobie jest dość jasna i czytelna. Wiemy dlaczego Baby Doll trafiła do zakładu dla umysłowo chorych. Wiemy, że chce uciec. Wiemy, że napędza wszystkie akcje i reakcje. Ostatecznie wiemy również jaka ofiara musi zostać poniesiona (piąty „ajtem”). Proste jak budowa cepa. Jeśli ktoś pragnie wrażeń metafizycznych… Czy wspominałam już o Truposzu?

Reasumując. Sucker Punch można oglądać na wyrywki, ciesząc się slow-motion, muzyką, grafiką komputerową i całą resztą efektów specjalnych. Można też spróbować ogarnąć ten film w całości, oczywiście na własną odpowiedzialność. Niemniej jednak uważam, że jest nawet dobry w swojej klasie.

Larry Crowne – uśmiech losu.

Jest taki film, który premierę miał niespełna miesiąc temu, a imię jego to Larry Crowne – uśmiech losu. Z niewiadomych dla mnie przyczyn na filmwebie ma ocenę 6,6, a Artur Pietras daje wysoką jak na siebie ocenę 6,5… Będzie szybko i bardzo subiektywnie. Bez uśmiechu. Chyba że szyderczym.

Ale do rzeczy.

Historia opowiada o panu w średnim wieku, który nagle traci pracę i musi zacząć wszystko od początku. Musi zweryfikować swoje podejście do życia. No i – kupuje skuter, zaczyna studia, poznaje nowych ludzi, a jego nauczycielka z retoryki jest bardzo typie. To znaczy przypuszczam, że jest, bo postaci są tak bardzo papierowe i bezpłciowe, że wiele motywacji muszę dorobić, nadinterpretować. Ja wiem, ja rozumiem, pogłębiony profil psychologiczny nie jest czymś, czego mogłabym szukać w filmie bazującym na masowej popkulturze. Ale – na boga! – ja bym prosiła, żeby reżyster (Hanks! Jak mogłeś?…) nie robił ze mnie niedorozwoja o postrzeganiu rzeczywistości nie bardziej ambitnym niż trzynastolatki jarającej się High School Musical.

Film kompletnie nic nie wniósł do mojego życia. I żeby nie było – lubię lekkie komedie romantyczne, lubię, nie ma co tu kryć. Ja nawet się nie zżymam na kulturę popularną. Ja kulturę popularną miłuję ze względu na jej funkcje. Ale Larry Crowne to niska półka. Serio. Naiwna zaamerykanizowana fabuła, mało wyraziści bohaterowie, humor, który nie bawi. Jedyną postacią, która dała mi trochę radości to Dr Matsutani, grany przez George’a Takei.

Nie pamiętam muzyki, nie pamiętam scenografii… To była męcząca wieczność w kinie. Gdybym nie została zaproszona, to czułabym się nieźle wydymana.

LITERATURA GROZY – GENEZA GATUNKU

Do połowy osiemnastego wieku groza była zjawiskiem, manierą występującą w różnych gatunkach literackich. Cech autonomicznych nabiera od momentu powstania powieści grozy, która ma swoje źródła w powieści gotyckiej. Pojawiają się w niej elementy fantastyki grozy, zwanej też fantastyką demonologiczną. Świat przedstawiony jest budowany na wzór rzeczywistości empirycznej, która rządzi się określonymi prawami. Jednak w odpowiednim momencie prawa te są kwestionowane i nie można tego faktu wytłumaczyć bez odwołania się do czynników irracjonalnych czy nadprzyrodzonych. Spójny obraz świata przedstawionego zostaje więc rozbity i tym rozbiciem godzi w uporządkowaną i znaną rzeczywistość. Następuje przełamanie wcześniej ustalonych praw, wtargnięcie czegoś niezrozumiałego w obszar uporządkowanego świata, co wywołuje przerażenie bohatera, które udziela się również czytelnikom. Zaczynają oni wątpić w swojską, stabilną i w pełni przyswajalną rzeczywistość. Stąd właśnie groza niewiadomego[1].

Trzeba jednak zaznaczyć, że elementy tego rodzaju fantastyki w powieści gotyckiej nie stanowiły jeszcze cechy konstytutywnej utworu, lecz służyły tworzeniu nastroju tajemniczości. Pojawiały się one obok innych elementów takich, jak opuszczone zamki, ruiny, mroczne zakamarki, tajemnicze przejścia, lochy, zamurowane pomieszczenia czy wreszcie dzikie ostępy leśne i pustkowia, gdzie pojawiają się widma, upiory, wampiry, złowróżbne znaki. Ta ostatnia grupa jest już właściwa dla jednej z odmian powieści gotyckiej, czyli powieści grozy (horror gothic)[2].

Powieść grozy święciła swe największe trumfy w latach 90. XVIII wieku. Chociaż pierwszego jej przejawu możemy się dopatrywać w powieści Ferdinand Count Fathom Tobiasa Smoletta[3], to jej narodziny przypadają na rok 1764, kiedy powstaje Zamczysko w Otranto Horacego Walpole’a. Nie znaczy to oczywiście, że utwór powstał w próżni i brak mu jakichkolwiek korzeni. Już w latach 40. ulubionym motywem poetów staje się motyw śmierci, a ulubiona scenerią – cmentarze i groby. Ponuremu nastrojowi towarzyszy zazwyczaj księżyc, spowita bluszczem baszta i puszczyk[4]. Przykładem mogą być tutaj utwory Roberta Blaira, Thomasa Graya czy Jamesa Macphersona. Wzrasta też zainteresowanie przeszłością, szczególnie średniowieczem, jego architekturą, starymi balladami i ludowym folklorem. Do rozwoju powieści grozy przyczynił się również wzrost temperatury uczuć, jaki można zaobserwować w powieści sentymentalnej. Kult emocji kazał szukać nowych podniet do wzruszenia i wystawiania na próbę wrażliwości czytelników.

W takiej atmosferze powieść Walpole’a padła na podatny grunt. Nowość, jaka została przez angielskiego pisarza wprowadzona nie dotyczy jednak fabuły, ale atmosfery grozy i dziwności. Aby wywołać napięcie i dreszczyk emocji, wiele ze scen odgrywa się pod osłoną nocy, np. ucieczka Izabeli przed Manfredem w labiryncie podziemnych korytarzy. Ciemność sprawia, że odbieranie bodźców jest zintensyfikowane – odgłosy przerażają bardziej niż za dnia, wzrok błędnie interpretuje zarysowane kształty. Nie tylko mrok wywołuje w Zamczysku poczucie zagrożenia. Agnieszka Łowczanin-Łaszkiewicz akcentuje fakt, że „motyw śmierci jest dla Walpole’a ważnym instrumentem kompozycyjnym. Wzmocniony przez elementy świata nadprzyrodzonego pozwala on przekazać wątek moralnego zadośćuczynienia w duchu swoiście rozumianej sprawiedliwości”[5]. Choć powieść gotycka w formie, jaką nadał jej Walpole nie miała w późniejszym okresie rozwinięcia, które porwałoby dzisiejszego czytelnika, to jego pomysły na kreowanie świata przedstawionego, wzorca fabularnego i postaci znalazły licznych następców.

W latach 80. autorki sentymentalnych powieści zaczynają wprowadzać te czy inne elementy powieści grozy, a mistrzynią w tej materii stała się Anna Radcliffe, dzięki takim swym powieścią jak Tajemnice zamku Udolfo (1794) czy Italczyk (1797). Cechą jej twórczości jest jednak przede wszystkim pewien racjonalizm. Brak tu tajemniczych niedomówień i niewytłumaczalnych zjawisk, wszystko zostaje rozsądnie i skrupulatnie wyjaśnione. Poczucie grozy w twórczości pisarki nie jest wywoływane przez zjawiska nadprzyrodzone. Opiera się raczej na wykorzystaniu w opisach możliwości, „jakie dają napawające lękiem i niepewnością gra światłem i cieniem, ciszą i dźwiękiem, obrazy wrogiej, zamkniętej przestrzeni architektury gotyckiej czy też kontrastująca z nią otwarta przestrzeń krajobrazu, uświadamiająca bohaterom znikomość ich istnienia”[6].

Od racjonalnych wyjaśnień stroni Mathew G. Lewis, co widać w jego powieści Mnich z 1795 roku, będącej apogeum powieści grozy w ówczesnych czasach. Jej ukazanie było zarówno literackim wydarzeniem, jak i literackim skandalem. W utworze pojawiają się dwa główne wątki: historia mnicha Ambrosja i jego relacji miłosnych z Matyldą i Antonią oraz historia Agnes, zamurowanej żywcem zakonnicy, którą ukochany ratuje z klasztornych lochów przy końcu powieści. „Lewis pomieścił – jak pisze Sinko – wszystkie elementy składające się na romans typu horror ghothic: podstępy złego ducha, czarną magię, przeraźliwego upiora, makabrę, obsesję śmierci i grobu, gotycką podziemną i nadziemną scenerię”[7]. Pojawia się fantastyka i irracjonalizm, interwencja szatana, erotyzm przeplata się z makabrą, makabra z groteską, patos z ironią. Wszystkie te elementy są częścią brutalnie nakreślonej rzeczywistości przedstawionej.

W ślady osiemnastowiecznych autorów powieści grozy poszedł Ernst Teodor Amadeus Hoffmann. W jego opowiadaniu Piaskun (1817) czytelnik do końca zostaje pozostawiony w niepewności. Historia zostaje przedstawiona z subiektywnego punktu widzenia głównego bohatera, studenta Natanaela. Nie stanowi on jednak rzetelnego źródła informacji ze względu na swój stan psychiczny. Mężczyzna żyje na granicy snu i rzeczywistości, twierdzi, że ciemne moce mają nad nim kontrolę. Jego zachowanie wydaje się zdeterminowane wydarzeniem z dzieciństwa. Będąc chłopcem, stał się świadkiem przeprowadzanych przez jego ojca i handlarza Coppolli eksperymentów alchemicznych, które ostatecznie doprowadziły do śmierci ojca. Jako student spotyka adwokata Coppeliusa, w którym rozpoznaje handlarza z dzieciństwa. Natanael wiąże z sylwetką adwokatem traumatyczne przeżycia i widzi w nim postać Piaskuna, potwora, który pozbawia dzieci wzroku.

Rok później powstał Frankenstein czyli nowy Prometeusz (1818) Marry Wolstonecraft Shelley. Powieść ta zmieniła oblicze światowej literatury. Traktuje ona o młodym naukowcu, Frankensteinie, pragnącym stworzyć istotę ludzką i rzeczywiście czynu tego dokonuje. Powołuje do życia twór, którego ciało złożone jest z elementów organizmów umarłych, z kości i ścięgien zbieranych po cmentarzach i kostnicach. Shelley rezygnuje tutaj z element niepewności. Stworzone monstrum istnieje i nikt tego nie kwestionuje, nie ma znamion marzenia sennego czy halucynacji. Strach jest wywoływany w dwojaki sposób. Autorka z jednej strony zwraca uwagę na zgubne ludzkie działania, na próbę bawienia się w Boga, na aspiracje, którym człowiek nie jest w stanie sprostać i do których nie ma prawa. W jasny sposób daje do zrozumienia, że istnieją pewne rzeczy, których ludzkość nie powinna poznać. Z drugiej – operuje dosadnymi obrazami w opisie morderstw dokonywanych przez potwora. Połączyła we Frankenstainie lęk – w pewnym sensie – metafizyczny z lękiem przed makabryczną przemocą, która jest jakby konsekwencją tego pierwszego.

Inną powieścią traktującą o szalonym naukowcu – i równie ważną dla kanonu literatury grozy – jest Doktor Jekyll i pan Hyde Roberta Louisa Stevensona z 1886 roku. Tu lęk również metaforyzowany jest w ciele Potwora, ale środek ciężkości przesunięty jest na zło tkwiące w człowieku. King zauważa, że „w dwóch pierwszych częściach powieści […] Stevenson przedstawia nam zdumiewająco trafną przenośnię, odpowiadającą freudowskiej idei podziału na świadomość i podświadomość – czy też, ściślej mówiąc, kontrastowi pomiędzy superego i id”[8]. Przenośnia ta dotyczy budynku, w którym mieszka Jekyll. Od frontu dom przedstawia się estetycznie, jest zadbany, idealny dla jednego z najbardziej szanowanych londyńskich lekarzy. Natomiast po drugiej stronie, od tyłu, znajdują się śmieci i brud, odrapane i brudne drzwi. Budynek ów jawi się więc jako symbol dwoistości ludzkiej natury. W powieści możemy odnaleźć problem konfliktu między wolną wolą czynienia zła albo odrzuceniem go.

Za najwybitniejszego twórcę literatury grozy jest uważany Edgar Allan Poe. Zarówno w jego poezji, jak i w prozie na plan pierwszy wysuwa się tematyka fantastyczna i niesamowita, zabarwiona sugestywnym, niepokojącym nastrojem. Pisarz stworzył własny niesamowity świat bohaterów tajemniczych, osobliwych i fascynujących, a jednocześnie groźnych, chorobliwych, niekiedy nawet odpychających[9], o skłonnościach sadystycznych. W noweli Czarny kot (1843) opętany alkoholizmem bohater odkrywa w sobie pociąg do makabrycznego okrucieństwa. Poe często – niemal obsesyjnie – odwoływał się do przerażenia, którego źródłem jest śmierć. W Przedwczesnym pogrzebie z 1844 roku odwołuje się do powszechnego w tym okresie strachu przed pogrzebaniem żywcem. Brak w nim wydarzeń tajemniczych, związanych z niewytłumaczalnymi mocami, niemniej jednak przerażenie jest wywoływane samą możliwością pochowania żywego człowieka. Narrator z łatwością wzbudza w czytelniku przerażenie, opisując swoją własną fobię. Poe skupia się na pierwotnych lękach, związanych z zatarciem granicy między tym, co żywe, przynależące do świata rzeczywistego, i tym co martwe, niezrozumiałe, czego miejsce jest w zaświatach tam, gdzie strzyg i upiorów.

Powieścią, która z pewnością odegrała niemałą rolę w rozwoju literatury grozy jest Drakula (1897) Brama Stokera. Zawdzięczamy jej klasyczny obraz wampira i choć nie jest ona pierwszym tworem traktującym o nieumarłym to właśnie do niej odnoszą się późniejsze adaptacje i wariacje wampiryczne. Według Wydmucha Drakula to pod wieloma względami szczyt i zarazem kres motywu wampira:

 

(…) szczyt – ponieważ powieść wyrosła na całej, zebranej w ciągu wieków, mitycznej i literackiej tradycji, łącząc sumując i przetwarzając znane wcześniej wątki (…); kres – jako że wszystkie pomysły i chwyty klasycznej historii o wampirach zebrane zostały tu tak starannie i połączone w całość tak bardzo wzorcową, że trudno było już po Stokerze napisać o wampirach coś nowego[10].

 

Historię demonicznego arystokraty z Rumunii można więc traktować jako klasykę literatury wampirycznej. Pierwsza część powieści prowadzi czytelnika do odkrycia tożsamości hrabiego Drakuli. Wraz z młodym urzędnikiem londyńskim, Johnatanem Harkerem, zostaje wprowadzony w nastrój niepokoju, gdy ten jest w drodze do zamku arystokraty. Miejscowa ludność na nazwisko pracodawcy Harkera reaguje niezrozumiałym lękiem, wilki nie atakują dyliżansu zmierzającego do siedziby Drakuli, słychać tylko ich wycie w mroku nocy, a sam zamek położony jest nad dzikim odludziu. Ponadto życie we włościach hrabiego toczy się podejrzanym trybem. Kiedy w końcu Harker odkrywa, że znalazł się w siedzibie wampira, ucieka z zamku z narażeniem życia. Druga część akcji ma miejsce w Anglii, dokąd przenosi się Drakula. Jego ofiarą pada Lucy, przyjaciółka narzeczonej Harkera. Dziewczyna zapada na dziwną chorobę. Zostaje wezwany holenderski medyk i filozof, Van Helsing. Nie jest on jednak w stanie uratować dziewczyny, która po śmierci zamienia się w strzygę. Harker, jego młoda żona i kilkoro przyjaciół poprzysięgają zemstę na Drakuli. Niezmordowanemu pościgowi przewodniczy Van Helsing. Ostatecznie wampir zostaje unieszkodliwiony, a jego ciało zamienia się w proch. King zwraca uwagę na to, że zło w powieści pozostaje „na zewnątrz”[11]. Upiorny hrabia – prócz pierwszych czterech rozdziałów – praktycznie pozostaje w ukryciu. King zaznacza, że jest to wyraz moralności ówczesnych czasów, ponieważ Drakula „w znacznej mierze jest uosobieniem mrocznej, perwersyjnej strony seksu”[12].

Pisarzem, który zdobył na początku XX wieku niewątpliwy sukces w dziedzinie opowiadań grozy jest Howard Phillips Lovecraft. O jego opowiadaniach mówi się, że są zbudowane „podług recepty najbardziej odpowiadającej psychice współczesnego czytelnika, najmocniej angażującej jego uwagę – i najpełniej osiągającej swój cel”[13]. Najsłynniejszym i jednym z najważniejszych opowiadań Lovecrafta jest Zew Cthulhu (1926). Model świata jest tu budowany konsekwentnie. Seria tajemniczych wydarzeń ma swoje źródło w kulcie Cthulhu i mrocznej tajemnicy, jaka się z nim wiąże. Pisarz wytwarza tak gęstą atmosferę strachu, że czytelnik nie może od niej uciec, jest wręcz osaczony horrorem. Trudno szukać w narracji dosłownego i szczegółowego opisu, wręcz przeciwnie – obraz jest zamazany, zniekształcony przez subiektywne przerażenie narratora. Lovecraft zdawał sobie sprawę, że najsilniejszy jest strach przed niewiadomym, a jego proza udowadnia, że niewiadome w konfrontacji z prawdziwymi, wiadomymi sprawami i zachowaniami może być naprawdę przerażające.

Powieść grozy, która wraz z rozwojem kina o tej samej tematyce przyjęła miano horroru, aż do dziś pozostaje nieśmiertelna. Świadczy to o niezmienności ludzkiej natury i stałych potrzebach względem dzieł literackich. Człowiek chce mieć możliwość ujarzmiania tego, czego się boi, a mitologizacja rzeczywistości oraz skonkretyzowanie i uproszczenie lęków tę możliwość mu daje. Tego typu literatura – jak zauważa Kruszelnicki – „najczęściej karmi się problemami aktualnymi w społeczeństwie w danym czasie. Horror staje się tym specyficznym rodzajem sztuki, która przerysowuje i zaostrza kształty niepokojących nas zjawisk, jeszcze bardziej zwracając ku nim naszą uwagę”[14]. Jest to możliwe z tego względu, że elementy charakterystyczne dla powieści grozy – choć ograniczone – mogą być wykorzystywane na różnorodne sposoby tak, by sprostać wymaganiom czytelników.

 


[1]Por. Słownik literatury polskiej XX wieku, pod red. A. Grodzkiej i innych, Wrocław 1992, s. 285.

[2]Z. Sinko, Powieść angielska XVIII wieku a powieść polska lat 1764-1830, Warszawa 1961.

[3]Świerkocki M., Magia gotycyzmu [w:] Gotycyzm i groza w kulturze, pod red. G. Gazdy, A. Izdebskiej, J. Płuciennika, Łódź 2003, s. 9.

[4]Ibidem, s. 133.

[5]Łowczanin-Łaszkiewicz A., Motyw śmierci w wybranych angielskich powieściach gotyckich: Zamczysko w Otranto H. Walpole’a, Italczyk A. Radcliffe i Mnich M. G. Lewisa [w:] Gotycyzm i groza
w kulturze,
pod red. G. Gazdy, A. Izdebskiej, J. Płuciennika, Łódź 2003, s. 25.

[6]Ibidem, s. 26.

[7]Z. Sinko, Wstęp [w] Mnich, M. G. Lewis, przeł. Z. Sinko, Wrocław 1964, s. 36.

[8]S. King, Danse macabre, przeł. P. Braiter, P. Ziemkiewicz, Warszawa 2009, s.100.

[9]B. Zwolińska, Wampiryzm w literaturze romantycznej i postromantycznej, Gdańsk 2002, s. 77.

[10]M. Wydmuch, Gra ze strachem. Fantastyka grozy, Warszawa 1975, s. 56-57.

[11]S. King, op. cit., s. 90.

[12]Ibidem, s. 91.

[13]Ibidem, s. 125-126.

[14]M. Kruszelnicki, Oblicza strachu. Tradycja i współczesność horroru literackiego, Toruń 2003,  s. 107.

 

THOMAS MAYNE REID – Jeździec bez głowy

O GŁOWACH UTRACONYCH NIE TYLKO W SENSIE METAFORYCZNYM

czyli słów kilka o powieści pana Reida

 

Na Jeźdźca bez głowy polowałam od dłuższego czasu, więc gdy trafił w moje łapki bez zastanowienia wydałam kilka złotych na tę niewielką powieść. Jeszcze tego samego dnia uświadomiono mi, że poszukuję opowiadania The Legend of Sleepy Hollow Irvinga, na podstawie której nakręcono film z Deepem. Ja natomiast nabyłam The Headless Horesman. (Moja mina z pewnością była bezcenna.) Doprawdy, nienawidzę polskich tłumaczeń. Ale do rzeczy. Bo skoro już zaszła pomyłka, to warto się trochę popastwić nad jej przedmiotem.

The Headless Horseman został popełniony przez Thomasa Mayne’a Reida – jak wieść gminna w świecie wirtualnym niesie -  w roku 1866. Ów pan napisał kilkadziesiąt powieści, z czego najsłynniejszymi są Dolina bez wyjścia, Łowcy skarbów, Wodą i lądem, a także Jeździec bez głowy. Większość z książek napisanych przez Reida ma charakter przygodowego westernu, dotyczy Indian i pierwszych amerykańskich osadników.

Nie inaczej jest z Jeźdźcem. Akcja toczy się wśród stepów, na rozległej prerii. Woodley Poindexter, plantator trzciny cukrowej znad Missisipi, przenosi się właśnie do nowego majątku w południowo-zachodnim Teksasie. Wraz z nim przybywają jego latorośle -  syn Henryk i córka Luiza – oraz bogaty kuzyna Kasjusz Calhoun. Karawana gubi się na bezludnej prerii, a nieszczęśnikom przychodzi na pomoc łowca mustangów – Maurice Gerald. I oczywiście wszystko musi się skomplikować. Luiza się zakochuje, Maurice się zakochuje, a Kasjusz na nieszczęście wszystkich już był zakochany. Toteż nie dziwi fakt, że na kolejnych stronach powieści zostanie przelana krew (nawet kilkakrotnie), a seria niefortunnych nieporozumień doprowadzi do tragedii. Kim jednak jest jeździec bez głowy? Czytelnik dowie się o tym na ostatnich kartach. Osobiście byłam nawet zaskoczona rozwiązaniem, ale na ustach i tak gościł mi nieco kpiarski uśmiech.

Niestety nie doszukałam się wielu elementów grozy, chociaż skrycie na to liczyłam. Powieść przedstawia sobą raczej gotycki romans bardziej w tonie Radcliffe niż Lewisa. Przyznać muszę, że opisy tajemniczego jeźdźca bez głowy oraz atmosfery mu towarzyszącej są całkiem smakowe. Fakt – autor czasem przesadza z nagromadzeniem niektórych epitetów, ale nie zapominajmy, że mamy do czynienia z powieścią pisaną w drugiej połowie XIX wieku. Romantyczni pisarze doprowadzali wszelkie odczucia do niebywałych rozmiarów, podniecali się słowem do granic możliwości. Nie uznałabym tego za naganę, bardziej za manierę minionego czasu. Fragmenty, mające na celu wzbudzać uczucie grozy, skonstruowane są według przyjętego ówcześnie wzoru i to w bardzo zgrabny sposób. Tylko nieliczna ich ilość zasmuca moje serce.

Jeździec bez głowy okazuje się powieścią głównie o ludzkich namiętnościach. Silne uczucia prowadzą bohaterów do czynów tak szlachetnych, jak i zdecydowanie niegodnych naśladowania. Intrygi mnożą się, a przypadkowe zbiegi okoliczności łączą ze sobą losy ludzi nie mających pojęcia o prawdziwych obliczach tych, którym pomagają. Niemniej jednak wszystko jest bardzo typowe. Rozdzielenie kart czarnych i białych zostaje dokonane już na samym początku. W zasadzie to nie mamy wątpliwości kto do czego może się posunąć. Zainteresowanie wzbudzają jedynie pytania „jak?” i „w jakich okolicznościach?”, bo postacie same w sobie są dość przewidywalne. I chyba nawet trochę nudne. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest Zab Stamp. Bardzo sympatyczny w swojej bezpośredniości starszy myśliwy, którego działania doprowadzają do rozwiązania zagadki. Ponadto jego osoba wnosi nieco humoru i świeżości w szablonowy zestaw postaci.

Trudno się upierać, że Jeździec należy do klasyki, którą trzeba przeczytać, by zachować twarz w towarzystwie obeznanym w literackich treściach. Ale przeczytać można. Z nudów chociażby. I pod warunkiem gustowania w klimatach romantycznych tajemnic.

Gdybym bawiła się w statystyczne oceny (a podejrzewam, że mimo niechęci pewnie bawić się zacznę) dałabym powieści Reida dwie i pół gwiazdki na pięć. A w skali uczniowskiej Tommy dostałby pełną czwórkę. Albo z minusem, bo osobiście wolałabym przeczytać jednak The Legend of Sleepy Hollow.

FELIKS W. KRES – Galeria złamanych piór

ŁAMANIE PIÓR NA WSPAK

 

Próbowałeś kiedyś sił w pisaniu tworów literackich? Marzy Ci się własna powieść czy chociaż opowiadanie? Ba! Coś, co byłoby poczytne na tyle, by to wydać? No cóż, operowanie magią słowa to umiejętność, która nie każdemu została dana odgórnie. Ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że pisarz to nie profesja dla niego. Proponuję więc przeczytać Galerię złamanych piór i po prostu zostać kimś innym.

Galeria… to zbiór felietonów Feliksa W. Kresa, które swego czasu pojawiały się na łamach „Feniksa” (Kącik złamanych piór) i „Science Fiction” (Galeria osobliwości). Teksty skierowane są do nieopierzonych autorów tekstów literackich, właściwie niekoniecznie fantastycznych. Zawierają zbiór rad i przestróg, ukazują trud napisania czegokolwiek, co miałoby sens i było poprawne, a wszystko pod podszytym ironią szyldem: „Jak już musisz – to pisz”. Nie podchodźmy jednak do tego poważnie, raczej z dystansem – ta książka nie uczy, jak pisać, jej celem nie jest stworzenie zastępów poprawnie piszących autorów poczytnych opowiadań. Autor stara się tylko przekazać, że „nie każdy ma obowiązek zostać pisarzem”, a nawet więcej – że niektórzy zdecydowanie nie powinni nimi być.

Kres skupia się na najczęściej popełnianych błędach, które łażą za początkującymi autorami i włażą im w główki nader często. Pastwi się nad niekonsekwencją metafor, czasem przerysowanych do granic absurdu, nad kwiczącą z nieporadności składnią, nad brakiem logiki w stworzonych światach, nad niekonsekwencją narracji. Muszę przyznać, że pastwi się w sposób zgrabny, zabawny i – przede wszystkim – nieobrażający nikogo. Mało tego, podkreślana jest przy tym sympatia dla piszących (albo tylko próbujących pisać) teksty literackie. Pisarz wielokrotnie zaznacza, że o prawo do tworzenia mógłby się bić do ostatniej kropli krwi („Powiedz, że ktoś Cię szykanuje i zabrania pisać, a natychmiast stanę przy Tobie i wspólnie damy wycisk tej gnidzie”.), niemniej jednak chęć wydania owego tworu kwituje czasem – „PO MOIM TRUPIE”. Mamy w Galerii… zawarty szacunek do słowa, do trudu jaki się wkłada w operowanie tymże słowem, do czytelnika. Przede wszystkim do czytelnika. I chwała mu za to.

Podsumowując. Na pierwszy rzut oka – na drugi, trzeci i czwarty zresztą też – książka Kresa radzi, jak nie pisać opowiadań. Warto ją przeczytać chociażby dla rozrywki, której zdecydowanie dostarcza. Na zakończenie słowa autora odnoszące się do książki samej w sobie:

„Namawiam więc schizofrenicznie: proszę uszanować opinię autora i nie kupować tej książki; proszę też docenić odwagę wydawcy i koniecznie ją kupić. Można to pogodzić w sposób następujący: iść do księgarni, wziąć z półki dwa egzemplarze, jeden nabyć (dla wydawcy), a drugiego nie nabywać, pogardliwie odłożyć i z politowaniem wzruszyć ramionami (to z kolei będzie dla autora)”.

NEIL GAIMAN – Koralina

KRAINA CZARÓW ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI

 

Neil Gaiman nie tylko sam pamięta co to znaczy być dzieckiem, ale i przypomina o tym czytelniom swoich książek. Wprowadza nas (jakkolwiek wyświechtanie to brzmi) w magiczny świat opowieści, gdzie można odetchnąć od rzeczywistości.

Koralinę Jones poznajemy zaraz po przeprowadzce. Dziewczynka dociekliwie bada nowe otoczenie, chce je poznać do każdego absurdalnego szczegółu. Aż pewnego deszczowego dnia liczy drzwi, okna, wszystko co niebieskie. I właśnie od drzwi wszystko się zaczyna, bo ze wszystkich znalezionych trzynaścioro otwierało się i zamykało, jedne natomiast („wielkie, rzeźbione, brązowe, drewniane drzwi w najdalszym kącie salonu”) były zamknięte na klucz. Matka Koraliny udowadnia jej, że one donikąd nie prowadzą. („Dokądś muszą.”) I faktycznie – jest za nimi tylko ściana. Pani Jones nie zamyka starych drzwi powtórnie na klucz. A powinna, bo – jak to często bywa – to dzieci potrafią dostrzec więcej…

Koralina nieodparcie kojarzy się z Alicją w Krainie Czarów i na pewno coś w tym jest. W końcu znajdziemy w książce ciekawską dziewczynkę, przejście do świata rodem z fantazji, gadające zwierzaki i sarkastycznego kota. Z tym, że w Koralinie rzeczywistość jest kreowana w konwencji horroru. Ciekawska dziewczynka musi być dzielna, fantazja okazuje się koszmarna, nie wszystkie zwierzaki są miłe, a kot… kotu właściwie można zarzucić tylko to, że nie jest w paski. Tak czy inaczej – czytelnik zapuszcza się w odkryty świat razem z Koraliną, krok po kroku, coraz głębiej, aż do momentu, gdy przestaje chcieć mieć do czynienia z Krainą Czarów na opak.

Świat przedstawiony oglądamy oczami głównej bohaterki i narracja jest stylizowana na „dziecinność”. Absolutnie nie jest to żadną wadą. Gaiman po mistrzowsku z niewyszukanych słów tworzy specyficzny nastrój dzieciństwa. To trochę tak, jakby czytelnik znów chodził do podstawówki i sam sobie opowiadał bajkę. I chyba dlatego książkę tę można polecić każdemu, nawet dzieciom (no dobrze, trochę starszym dzieciom). Ostatecznie, Koralina będzie i tak tym, na co pozwala wyobraźnia czytelnika. (A jeśli ktoś ma poważny problem z przekształcaniem słów w obraz może obejrzeć adaptację w postaci całkiem niezłej animacji.)

HARUKI MURAKAMI – Po zmierzchu

O TYM, ŻE PO ZMIERZCHU SIĘ DZIEJE

„Patrzymy na miasto” – tak zaczyna się powieść Haruki Murakamiego Po zmierzchu. A my, nie wiedząc jeszcze, co nas czeka, poddajemy się tej sugestii i patrzymy na miasto przez sto dwadzieścia cztery strony. Kilkoro bohaterów, kilka zbiegów okoliczności, kilka nocnych godzin życia. Nic ciekawego. Wystarczy jednak wyostrzyć nieco wzrok…

Zbliża się północ. Młoda dziewczyna, Mari, ma zamiar spędzić noc w restauracji czynnej całą dobę. Chce odpocząć od sytuacji w domu, a dokładniej od tego, że jej starsza siostra Eri śpi nienaturalnie twardym i stanowczo zbyt długim snem. W toku akcji napotkamy jeszcze Takahashiego, studenta prawa i jednocześnie muzyka; Kaoru, masywną kobietę, która w przeszłości była zapaśniczką; chińską prostytutkę pobitą przez urzędnika, tegoż urzędnika oraz kilkoro innych bohaterów. Każdy z nich ma swój świat i – niezależnie od tego, w jakim stopniu i czy w ogóle chce się nim dzielić – wpływa na innych bezpośrednio lub też samym skutkiem swego działania. Ale pozornie nic się nie dzieje.

W moim odczuciu to Eri jest główną bohaterką, pomimo tego że śpi, jest bierna, nie wypowiada ani jednego słowa, a nawet jeśli wypowiada, to nie możemy tego usłyszeć czy zrozumieć. Jej sen ma znaczenie sprawcze w tym sensie, że pośrednio łączy losy bohaterów. Nienaturalny sen Eri jest powodem ucieczki Mari, co prowadzi do kolejnych przyczyn i skutków. Poza tym wydaje się kluczem – a przynajmniej jednym z kluczy – do odczytania znaczenia. Wraz z narratorem obserwujemy sen starszej z sióstr i jego przebieg, ale kiedy tylko spuszczamy z niej na chwilę wzrok, zostaje przeniesiona w inne miejsce, obce i zdecydowanie nie jej. Cokolwiek się dzieje, nie można ingerować w wydarzenia. Eri pozostaje w swoim świecie sama.

Narracja prowadzona jest w czasie teraźniejszym, a powieść dzieje się z każdym przeczytanym słowem, z każdym pojawieniem się obrazu. Momentami można odnieść wrażenie, że ogląda się film złożony z poszczególnych klatek wyobraźni. Tym bardziej, że narrator opisuje rzeczywistość tak, jakby operował kamerą. Nie możemy zobaczyć więcej, niż nam ukazuje, bo też on sam nie wie więcej, niż może zarejestrować kamera. Stoimy obok narratora i razem z nim, jesteśmy tylko obserwatorami, widzami.

Czy warto zaprzątać sobie głowę tą pozycją? Jak najbardziej, warto. Oczywiście niektórzy nie dostrzegą w niej niczego niezwykłego, ale przecież nie mają takiego obowiązku. Każda książka jest o tyle wartościowa, o ile wzbogaca nasze wnętrze, a ja czuję się wzbogacona. A ponieważ jest to uczucie na wskroś subiektywne, proponuję przekonać się o tym samemu.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.